„Niezakochane” pokolenie – prawda czy frazes?
Niedawno przeczytałam o książce Jillian Straus Unhooked Generation (Niezakochane pokolenie), której autorka, notabene współproducentka programów Oprah Winfrey, sformułowała tezę o ludzkiej nieumiejętności do zakochiwania się.
Stwierdziła, że zaangażowanie uczuciowe jest traktowane jako przyznanie się do słabości. Uznała też, że ludzie współcześni zupełnie inaczej spoglądają na tzw. stałe związki, są bardziej sceptyczni i mają za sobą więcej niepowodzeń miłosnych. Czy rzeczywiście współczesne nam pokolenie młodych ludzi, wykształconych i aktywnych trzydziestolatków, nie wierzy w miłość i romantyzm?
Miłość jest w nierozerwalny sposób związana z ryzykiem, bo nigdy nie wiadomo, czy ta druga osoba, którą obdarzyliśmy uczuciem, przeżywa takie same emocje. Rację miał Paolo Coehlo, który w Bridzie pisał:
„Jak mam rozpoznać swoją Drugą Połowę?
Nie bojąc się ryzyka. Ryzyka porażki, odrzucenia, rozczarowań.
Unikniesz ryzyka jeśli się nie zakochasz, ale czy to na pewno słuszny wybór? Czy warto żyć bez miłości, bez uczucia, bez porywu serca, bez chwilowych namiętności?
Obawa przed ryzykiem czy porażką nie jest jednak jedynym powodem nie obdarzania innych miłością. Współcześni młodzi ludzie nie mają już takich priorytetów jak ich rodzice czy dziadkowie, celem ich życia nie jest założenie rodziny, zbudowanie domu...
Zależy im przede wszystkim na karierze, na własnym rozwoju, na swobodzie i niezależności. Celem współczesnej generacji nie jest bycie z kimś na stałe, bo to ogranicza. Zresztą „niezakochane” pokolenie nie wierzy w szczęśliwą miłość, happy endy w związkach przecież tak rzadko się zdarzają. Nie warto więc się zakochiwać i wiązać swojego życia z jedną osobą, bo przecież potrzebę bliskości fizycznej z drugim człowiekiem można zawsze zaspokoić.
Ludzie zapracowani, planujący w każdym szczególe swoją karierę szukają ludzi podobnych do siebie, chcą znaleźć kogoś, kto będzie ich wspierał w dążeniu do niezależności. Psychologowie i socjolodzy podkreślają, że era romantycznej miłości już dawno przeminęła. Nowy styl życia, zmiany kulturowe i społeczne, rozprzestrzeniający się stale indywidualizm to główne powody innego niż niegdyś postrzegania miłości przez pokolenie aktywnych trzydziestolatków.
Dla nich najważniejszy jest sukces, pozycja zawodowa i stan konta, a rodzina i dzieci to stałe zobowiązanie, to określone oczekiwania, które często są niemożliwe do spełnienia dla takich ludzi. Dlatego też wybierają życie w pojedynkę, co jednak wcale nie oznacza, że są samotni. Szczęście dla nich nie jest synonimem przebywania non stop z partnerem. W zupełności wystarcza im wspólna kolacja, weekendowy wyjazd, czy wspólna noc, ale nie oznacza to wcale ani wspólnego mieszkania ani stałego związku.
Kobiety z generacji „niezakochanych” trzydziestolatek są zmęczone i znużone mężczyznami i typowym dla nich zachowaniem. Uwodzenie dla nch to tylko przewidywalny schemat, który nie ma nic wspólnego z romantyzmem. Najpierw wspólna kawa, potem spacer czy kino, niewinne pocałunki, aż wreszcie wspólna kolacja i zaproszenie do mieszkania. Nic ciekawego, by nie powiedzieć strata czasu. Dlatego też takie kobiety same wybierają mężczyzn, z którymi się umawiają i chodzą na randki. Chcą czuć się atrakcyjne i kobiece, ale chcą też, by to do nich należała inicjatywa. Najczęściej wybierają partnerów podobnych do siebie, którzy dbają o swoją niezależność i nie planują stałego związku.
Mężczyznom o wiele łatwiej przychodzi życie w świecie, w którym nie ma wiary w romantyczną miłość od pierwszego wejrzenia. Dla nich kariera, sukces, władza to priorytety właściwie od początków świata, a więc owo „niezakochane” pokolenie i idąca za nim niezależność i brak zobowiązań to wręcz komfortowa sytuacja. Z wielką ochotą korzystają z swobody, którą zapewnia im współczesny świat. Dla większości z nich wolny związek, spotkania od czasu do czasu, kiedy znajdzie się wolna chwila to szczyt marzeń. Mogą nadal wieść swoje kawalerskie życie, nie muszą zmieniać swoich przyzwyczajeń i nawyków, a kobieta jest zadowolona z ich niezależności i wymaga wielkiego zaangażowania.
„Niezakochane” pokolenie albo boi się miłości albo nie wierzy w jej niezwykłą moc. Czy tak jest w rzeczywistości, że prawdziwa, romantyczna i szczęśliwa miłość to tylko mit, który znamy dzięki literaturze i komediom romantycznym? Szczerze mówiąc nie wiem, ale jakoś trudno mi uwierzyć, by znane słowa:
„Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał,
stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący.
Gdybym też miał dar prorokowania i znał wszystkie tajemnice,
i posiadał wszelką wiedzę, i wszelką [możliwą] wiarę, tak iżbym góry przenosił,
a miłości bym nie miał, byłbym niczym[...]”
były nieprawdą.
Oczywiście miłość nie zawsze trwa wiecznie, ale czy brak pewności, że dany związek będzie na całe życie może być powodem decyzji o nie wiązaniu się na stałe? Przecież dwoje ludzi może dać sobie tak wiele, a stworzenie związku nie musi przecież wiązać się z utratą niezależności czy rezygnacją z własnych marzeń i priorytetów.
Miłość jak grom z jasnego niebie nie zdarza się często, co jednak nie zmienia faktu, że większość kobiet marzy o królewiczu na białym koniu, a mężczyźni wyczekują wyjątkowej i niepowtarzalnej księżniczki. Miłość jest jak kwiat, który więdnie, jeśli nie jest pielęgnowany. Może warto rozejrzeć się wokół siebie i zauważyć osobę, która jest blisko nas, z którą spotykamy się od kilku lat od czasu do czasu, tak niezobowiązująco?
Może warto popracować nad związkiem z osobą, która nas szanuje, akceptuje i rozumie nasze potrzeby? Może nie trzeba czekać na jakieś wyjątkowe olśnienie czy zdarzenie, a docenić to, co się już ma?
Miłość dojrzała rodzi się stopniowo i bez wielkiego wow, często wymaga czasu.
Może warto pozbyć się jednak nawyku niekochania i być szczęśliwym w miłości, mając świadomość tego, że nie musi ona trwać do końca świata?







